Na pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata skazał w poniedziałek szczeciński Sąd Rejonowy b. pracownika Stoczni Szczecińskiej, który nawoływał robotnik w tej firmy do sabotażu.
25-letni Dominik S. w kwietniu 2001 r. kolportował na terenie stoczni biuletyn, w którym zachęcał do działań na szkodę zakładu, opisując zasady sabotażu.
W artykule zatytułowanym "Akcja bezpośrednia" nawoływał pracownik w do "walki z wyzyskiem" - głosił akt oskarżenia.
Biuletyn wydawany był przez: Federację Anarchistyczną - Szczecin. Biuletyn rozprowadzano na wydziałach w stoczni, wieszano w gablotach, przekazywano z rąk do rąk.
O sprawie zawiadomiło prokuraturę wczesne kierownictwo stoczni.
Zdaniem sądu nie ma wątpliwości, iż w biuletynie, oprócz definicji sabotażu, znalazły się też pewne sformułowania, w których jasno nawoływano do niszczenia cudzej własności, a to jest przestępstwem.
Sąd przypomniał, że o prawa pracownicze można walczyć inaczej, np. na drodze sądowej, (każdy jednak wie, jaki to ma skutek - czekanie miesiącami na rozprawę, która Rzadko coś w ogóle wnosi - ostatnie wydarzenia w łódzkim "Uniontexie" są najlepszym tego przykładem - pracodawca w ogóle nie bierze pod uwagę orzeczeń sądu pracy i ciągle zalega z wypłatami).
Sam Dominik S. jeszcze przed ogłoszeniem wyroku podkreślił, że kolportując biuletyn, skorzystał jedynie z prawa do wolności słowa, zagwarantowanego w konstytucji. Po wyroku przyznał, że liczył na uniewinnienie.
Oskarżony w toku procesu nie przyznał się do winy, choć potwierdził, że wydawał i rozpowszechniał pismo na terenie stoczni. Przed sądem tłumaczył, że jego intencją było jedynie przedstawienie form walki pracownik w o swoje prawa, bo w przedsiębiorstwie panowały wówczas złe nastroje i straszono zwolnieniami w przypadku jakichkolwiek protest w. Kierownictwo firmy zaczęło wtedy wprowadzać program naprawczy, który m.in. polegał na tym, że chciano wydłużyć dzień pracy i obniżyć stawki wynagrodzeń.
Były prezes Stoczni Szczecińskiej S.A. Arkadiusz Goj, który na pierwszej rozprawie zeznawał w charakterze Świadka, oświadczył wtedy przed sądem, że publikacje w biuletynie mogły się przyczynić do pogorszenia trudnej już wówczas sytuacji w zakładzie. Twierdził też, że w tamtym okresie była bardzo zła jakość pracy w stoczni, a błędy w wykonaniu prac przez stoczniowców sięgały nawet 50 proc., podczas gdy norma to ledwie 10 proc.
Dominik S. jest obecnie bezrobotny. W stoczni pracował do momentu ogłoszenia upadłości firmy i zwolnienia jej wszystkich pracownik w latem 2002 roku.
Wyrok nie jest prawomocny, oskarżony zapowiada, że będzie się odwoływał.
Warto dodać, że prokurator podczas swojej płomiennej mowy rodem z PRL-u, żądał jeszcze obciążenie Dominika grzywną pieniężną w wysokości "40-dni wek". Sąd z powodu trudnej sytuacji materialnej oskarżonego odstąpił zarówno od tego wniosku jak i zwolnił oskarżonego z koszt w procesu.